poniedziałek, 4 stycznia 2010

Brüssel Lodz

Bruksela, dzien 3.
Dzisiaj miala byc moj "dzien administracjiny", musialam registrowac sie w ratuszu, w ubezpieczeniu i tak dalej... wiec stalam o 6h30, o 8 bylam przed ratuszu. Jeszcze bylo ciemno, naprawde! Bardzo duzo ludzi juz czekalo, pol godziny pozniej bylam pierwsza w kolejce. I co? Dostalam termin za póltora miesiac zeby registrowac sie. Nie wierze! Przed swieta nawet dzwonilam do nich i pytalam, czy juz moge dostac termin albo czy daja rano terminy dla samego dnia. Mila (myslalam, ze mila...) pani odpowiedziala, ze musze tam isc i od razu dostaje termin dla samego dnia. Aha...moj sam dzien jest 23 lutego...
Potem ubezpieczenie: Najpliszy biuro oczywiscie nie jest otwarty w poniedzialek. Nie szkodzi, myslalam. Centralny biuro zawsze jest otwarty, sprawdzilam to wczesniej. Wiec jechalam tam. Z glupym brukselksim tramwajem i metrem, co najmniej 30 minut. I co tam? "Bardzo przeprosimy, ale 4 stycznia jest zamnkiety. Ahhh!! Ale bylo tam adres najbliszego biura. Poszlam tam. Tez zamnkniety. Jutro jest moj pierwszy dzien pracy i juz bede za pozno bo musze rano jechac do biura ubezpieczenia...
Pózniej jeszcze mam termin w banku. Mam nadzieje, ze od razu dostaje karte bankowa, bo tylko z ta karta moge podpisac umowe komórkowa...
Ale moje mieszkanie jest fajne!
I swieta tez byla fajna. Tylko ze mielismy duzo stresu z impreza dla taty. Ale byla swietnia!
Niestety mój tata jest bardzo chora. Ma jakis problem z pluca. Nie jest smiertelny albo cos takiego, ale ma caly czas kaszel. Dla niego jest straszny i dla nas bylo tez, bo po kilku dnia tak mi denerwowala ten kaszel...

I teraz do ciebie: Co bedziesz robic we Lodzi??? Masz prace? Gratulacje!! Chce szczegoly!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz